Nie denerwowałam się. Wcale. Wcale się nie denerwowałam. Powaga.
Już tu kiedyś stałam. Już kiedyś czekałam na ten pociąg. Nawet tak jak teraz- razem z moim bratem.
Tylko że wtedy miałam chyba jakieś 9 lat, a teraz mam 11. I wtedy jechałam głównie z ciekawości, a teraz jadę tam, by się uczyć, kształcić na dobrego czarodzieja.
Ale czy to aż taka duża różnica? Jestem tu, razem z moim bratem. Jadę do najwspanialszej szkoły na świecie i zostaję tam na jakieś 10 miesięcy. Nie jestem teraz sama, jak niektóre dzieci... Więc czym tu się martwić?
A no jest czym...Kiedy mam znaleźć się w nowym miejscu, zawsze obawiam się, czy będę tam akceptowana. Czy zdam ten 'niewidzialny egzamin' i zdobędę przyjaciół...nigdy nie ma pewności.
Gwizdek i krzyk konduktora wyrwał mnie z zamyślenia.
- No to idziemy, mała- Max uśmiechnął się do mnie, biorąc swój i mój bagaż.
- Nie mów do mnie mała...-wycedziłam szybko. Na chwilę zmarszczył brwi. Spojrzał mi w oczy, a chwilę później zrobił minę, jakby go olśniło. I już wiedział.
- Nie denerwuj się, przecież zawsze marzyłaś o tym, żeby w końcu się tu znaleźć.- objął mnie ramieniem i wyszeptał prosto do ucha, tak, żebym tylko ja usłyszała. Uspokoiłam się trochę. Ale tylko trochę.
Fakt, że znajduję się w towarzystwie o 3 lata starszym, niewiele mi ułatwiał. Czułam się tu strasznie nieswojo.
- Max...- zaczęłam niepewnie, bardzo starając się, aby usłyszał mnie tylko mój brat-...ja chyba poszukam sobie jakiegoś innego wolnego przedziału, ok?- widząc niepewną minę brata dorzuciłam tylko- No przecież nie myślisz chyba, że cały czas będę z Wami? Daj spokój! Muszę sobie znaleźć jakiś innych znajomych...
- Masz rację. Ale pamiętaj, jakby co...
- Tak, wiem.- wywróciłam oczami- To ja lecę. Do zobaczenia w Hogwarcie!- zniknęłam mu z oczu, nim zdołał zareagować. Kiedy znalazłam się na pustym wówczas korytarzu, odetchnęłam głęboko.
Mimo zamkniętych przedziałów, co i rusz dało się słyszeć jakieś śmiechy bądź przytłumonie rozmowy. Zaszyłam się tam, gdzie było najspokojniej, czyli prawie na samym końcu jakże długiego pociągu. Nie czułam się już tak bezpiecznie, ale chociaż był spokój...
Niestety i tu przydziały były zajęte. Może nie tak pełne, ale jednak niezbyt wolne. A niech to! Już miałam się wracać, kiedy spostrzegłam, że w jednym przedziale siedzi tylko jeden chłopiec. W sekundę rozważyłam wszystkie za i przeciw i zdecydowałam, że jednak się do niego dosiądę. Jeśli oczywiście mi pozwoli. Przygryzłam wargę. Oby się zgodził.
Niepewnie i z cichym trzaskiem rozsunęłam szklane drzwi. Dopiero wtedy chłopciec oderwał się od widoków za oknem. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, dopóki nie uświadomiłam sobie, że stoję w progu jego przedziału i bezczelnie się na niego gapię. Napotykając jego pytający wzrok, spytałam:
- Czy mogę się do Ciebie dosiąść? Wszystkie przedziały są prawie całkowicie zajęte, a szukam odrobiny spokoju...- urwałam, patrząc na niego spod rzęs. Z całych sił próbowałam ukryć fakt, że w środku niemal cała się trzęsę. Ten jego zimny wzrok...wypalał mi niemal dziurę! Miałam wrażenie, że zagląda dokładnie w głąb mojej duszy i że już wszystko o mnie wie...
Chciałam jedynie, aby mi odpowiedział. Nieważne, czy by się zgadzał, czy nie. Chciałam, aby wreszcie coś powiedział. Chciałam jedynie tej odpowiedzi. Ale on nie zrobił nawet tego...
Kiwnięcie głową. To była jego odpowiedź. Zaczęłam czuć się jeszcze bardziej nieswojo, niż wśród znajomych mojego brata.
Weszłam do środka i zasunęłam za sobą drzwi. Rzuciłam trzymany dotąd w ręce sweterek na siedzenia naprzeciwko chłopca i wzięłam swój bagaż do rąk. Właśnie zastanawiałam się, jak by tu umiejscowić go na górze, gdy usłyszałam głos centralnie nad swoim uchem.
- Pomogę ci.- zaskoczona, że chłopak w ogóle się odezwał, podskoczyłam lekko w górę, omal nie upuszczając swojego bagażu. On złapał moją walizkę w ostatniej chwili. Zręcznie położył ją nad moimi siedzeniami i zajął swoje miejsce. Do końca podróży się więcej nie odzywał. A ja siedziałam, wciąż słysząc w głowie TEN głos. Jego głos. Głos, który wydał mi się tak niesamowity, że aż nierealny...
___________________________________________________________________________________
Jak dla mnie niezbyt dobry, ale wiadomo, jakie są początki...
2.09.2012
27.08.2012
Prolog, czyli 'od tego wszystko się zaczęło...'
Dwoje ludzi pochylało się nad małym zawiniątkiem.
Długowłosy, niezwykle przystojny mężczyzna i bardzo urodziwa kobieta. Oboje
wydawali się być z innej epoki. Wyglądali niesamowicie i otaczali się równie
niesamowitą aurą tajemniczości.
- Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł- rzucił mężczyzna,
hardo patrząc jej w oczy. Jednak ona spuściła wzrok na małe maleństwo leżące
przy progu drzwi.- Po co myśmy je w ogóle brali?
- Po co?! Po co!!- kobieta niespodziewanie wybuchła, a
magiczna aura zdawała się falować. Nad jej głową rozciągnął się mroczny cień.
Wyglądała przerażająco i pięknie zarazem.- Myślisz, że byłabym zdolna
przyczynić się do śmierci tego dziecka? Przecież to moja dziedziczka! Nadzieja
na to, że mój ród przetrwa! Zrozum, nie mogę pozwolić, by stała się jej
krzywda. – dodała już łagodniej. Mężczyzna ledwo zauważalnie kiwnął głową, na
znak zrozumienia.
-Poza tym obiecałam coś jej matce.- westchnęła i spojrzała
ponad głowę czarodzieja. Przymknęła oczy, widząc w oddali zielone błyski. Znów
spojrzała na maleństwo.
- Jesteś pewna, że to dobre miejsce?- dotąd milczący
mężczyzna, odezwał się cicho.
- Tak. To rodzina czystej krwi. Lepiej trafić nie mogła.-
kobieta pokiwała głową.
- Zostawiasz jakąś wiadomość czy coś…?
- Nie. Przyjdę do nich osobiście. A teraz…musimy się
pospieszyć.
- Masz rację. No to czyń swoją powinność.- czarodziej
uśmiechnął się blado.
- Ty też…-mruknęła, pochylając się nad dzieckiem.
- Co: „ty też”???- oburzył się.
- Posłuchaj, rozmawialiśmy o tym! Doskonale wiesz, że musi
być silna. I to cholernie silna. Moja moc, a raczej jej skrawek, nie wystarczy.
Mieliśmy stworzyć potęgę, nie pamiętasz? Mieliśmy równać ją z Nim, albo nawet
go przewyższyć. Jeśli chcesz, aby Twój ród również przetrwał, nie rozumiem, na
co czekasz…
- Dobra już dobra… ale nie taka była umowa!
- Plany się zmieniły, nie zauważyłeś?!- usta ściągnięte w
jedną, wąską linię wyrażały jej wściekłość. Mężczyzna westchnął.
- Obym tego nie żałował…- mruknął, po czym również się
pochylił.
Obydwoje położyli dłonie na jej sercu, po czym- wypowiadając
odpowiednią formułkę- tchnęli w nią jarzące się na czarno- fioletowo iskry.
- Bo prawdziwą magię nosi się w sercu…- rzekła kobieta.
Podnieśli się, a czarownica zapukała do drzwi. Nim
ktokolwiek zdążył zareagować, deportowali się w tylko im znane miejsce.
Tego pamiętnego dnia narodziła się nowa potęga
czarodziejskiego świata. Potęga, która mogłaby z łatwością wyniszczyć całą kulę
ziemską. Potęga, która byłaby w stanie jednym pstryknięciem zniszczyć nawet
Jego.
Potęga, która o sobie nie miała nawet pojęcia…
Słowem wstępu...
Witam na moim blogu!
Poświęcam go wymyślonej przeze mnie historii o pewnej parze czarodziei...konkretniej: Toma Marvolo Riddle'a Jr i Jessalyn Temmegod. Jak wiadomo, Tom Riddle uczył się w Hogwarcie, więc tam też wszystko będzie miało miejsce...a przynajmniej początkowa część opowiadania.:)
Nie mam zamiaru prosić o wyrozumiałość itd., ale wg mnie warto zaznaczyć, że w pisaniu i prowadzeniu bloga jestem 'nowa'. Więc jeśli zauważycie w moim pisaniu jakieś karygodne błędy, a w opowiadaniu coś innego, co nie będzie Wam pasować, śmiało zapraszam do komentowania bądź kontaktu ze mną. Przyjmę każdą krytykę.
To tyle, co właśnie " Słowem wstępu...". Prolog już wkrótce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)